Jest czasem tak, że płyty trafiają do mnie z opóźnieniem. Tak miałem z Adim Nowakiem x Barvinsky "Ćwir".
To samo mam teraz z Evil Things Guziora. Nie wiem, czy to kwestia odpowiedniego nastroju, żeby płyta usiadła, czy poprostu niektóre płyty mają "pecha" w dzień pierwszego odsłuchu. Co prawda, jak rapował Hades "przesłuchałeś raz, to nie słuchałeś wcale", niemniej ciężko jest wrócić do czegoś, co nie zrobiło dobrego pierwszego wrażenia.
Zarówno w czasie, gdy odkryłem Ćwira, jak i teraz, gdy odkrywam Evil Things czułem po prostu przejedzenie się rapem. Szukałem czegoś świeżego i niebanalnego a przy tym dobrego technicznie.
Nie znam się aż tak bardzo na zagranicznym rapie, więc nie wiem czy Guzior się na kimś wzoruje, ale na polskiej scenie nie ma chyba swoich odpowiedników. Flint SC by nazwał ten album "kwaśnym" i to by bardzo trafnie oddawało jego klimat. Słuchając w skupieniu można naprawdę czuć się jak po zażyciu psychodelików.
Jest to fajnie nawinięte, techniczne, choć nie nachalne technicznie. No i Flow i bity w połączeniu - Mistrzostwo. Niestety nie załapał się na podsumowanie a byłby na bank w TOP 3. Jak bym miał nagrywać rapsy, chciałbym tak siedzieć na bitach. Dobrze tu też pasuje gościnka Szpaka. Jak to się wszystko do bitu klei to nie mam pytań.
Album równy i ciężko wyłonić na nim jakieś większe sztosy, choć może Płuca zlepione topami najbardziej mi siada. Chętnie bym usłyszał remix Grimeowy tego numeru. Może jedynie trochę kawałki się zlepiają ze sobą i czasem mam wrażenie, że nie wiem którego kawałka słucha, niemniej nie jest to jakieś wrażenie zniechęcające do płyty.
Dodam jeszcze kozacką poligrafię i mamy temat zamknięty. Żałuję, że dopiero teraz mnie na ten album wzięło, chociaż z drugie strony mam teraz czego słuchać, pomimo braku ciekawych wydawnictw.

Komentarze
Prześlij komentarz